Wiem, że od dwóch tygodni zalegam z postami. Wiem, że nie umiem pisać recenzji. Wiem, że prawdopodobnie jesteście źli. Przepraszam i wracam już do normalnego cyklu publikacji. W zamian przyszykowałem dla was (nie)recenzje książki. Zapraszam!


Święta Bożego Narodzenia to piękny czas. Czas, który spędzamy z rodziną przy wigilijnym stole, napychamy się do syta, rozpakowujemy prezenty… Albo jesteśmy uziemieni przez ogromne zaspy i metry śniegu. Mieszkańcy Gracetown muszą zmierzyć się właśnie z takimi przeszkodami. Można przecież przesiedzieć święta w domu, oglądając filmy z Bondem, ale co zrobić, gdy w Waffle House przy autostradzie jest grupka cheerliderek, które akurat mają ochotę na Twistera? Ale skąd one się tam w ogóle wzięły? No właśnie śniegowy dramat dotknął nie tylko mieszkańców Gracetown, ale i pociąg, który akurat przejeżdżał. Założę się, że nikt nie marzy o tym, aby spędzić święta samemu w obcym mieście. Znajdą się chętni? Cóż, Jubilatka na pewno nie była jednym z ochotników. A wszystko to przez domki Flobie. Poza tym zostaje jeszcze kwestia odebrania prosiaczka, gdy do Starbucksa przyjeżdża grupa emerytów, a kolejka ciągnie się w nieskończoność. Nie zapominajmy, że dalej są święta! Przecież trzeba być wesołym! Ewentualnie można być jak figowy pudding, stygnący na końcu stołu.

Ten krótki fragment obrazuje w malutkim stopniu fabułę całej książki. Wróć, zbioru opowiadań. „W śnieżną noc” stworzyło troje autorów. Każdy napisał jedno opowiadanie, doprawił szczyptą świątecznej magii, a na końcu połączył z pozostałymi. We wszystkich pojawiają się lub są wspominani ci sami bohaterowie. Widać, że Gracetown żyje, ponieważ prawie każdy się zna i to jest chyba najlepsze. Autorzy nie zapomnieli, że skoro w tym miasteczku jest facet, który chodzi od stóp do głów owinięty folią aluminiową, to raczej każdy go rozpoznaje.
Moim zdaniem, ta współpraca wyszła bardzo, bardzo dobrze. Dawno nie czytałem tak urokliwej książki. Po tych wszystkich Wiedźminach i Morzach wszetecznych człowiek ma po prostu ochotę przeczytać coś lekkiego, niezbyt skomplikowanego i z Happy Endem. A tutaj wszystko kończy się Happy Endem!

Co zasługuje na plus?

 Zaraz posypią się głosy oburzenia: „Hurr durr książki nie ocenia się po okładce”. Wydawnictwo Bukowy Las znowu dało radę i tak jak w przypadku innych książek Johna Greena (nie tych w edycji filmowej) okładkę wykonali świetnie. Gdyby nie ona nigdy bym „W śnieżną noc” nie zauważył. Tak więc dla wszystkich oburzony – okładka książki jest bardzo ważna.
Poza aspektami wizualnymi treść także jest bardzo dobra. Mimo sztampowej, przewidywalnej fabuły. Bałem się, że te opowiadania będą zupełnie od siebie oderwane, a okazało się, że wspólnie tworzą jedną całość. Szczególnie końcówka, w której to Lauren Myracel umieściła wszystkie ważne postacie. I to poczucie humor… Czytelnik jest wręcz bombardowany komicznymi sytuacjami czy żartami. Śmiesznymi żartami, bo to trzeba podkreślić.



Zdjęcie chwilowe. Gdy tylko znajdę kabel od aparatu zamienię.
„Byli wyraźnie dumni, że miałam takiego imponującego wszystkim chłopaka. Ale przecież trafili do więzienia z powodu Elfiego Hotelu, więc może powinni jakoś przewartościować swoje priorytety?”


Co mi się nie podobało?

Opowiadanie Johna Green „Bożonarodzeniowy cud pomponowy” nie przypadło mi do gustu. Na tle innych wydawało się trochę za mało świąteczne. Nie podoba mi się też sam styl pisania tego autora. Prawdopodobnie nie sięgnę po więcej jego książek, mimo iż polskie wydania wyglądają świetnie. Nie mogę odmówić mu jednak, moim zdaniem, genialnie napisanej końcowej sceny. Poważnie. Była bardzo realistyczna i mocno zazdroszczę.

Drogi czytelniku, jeżeli szukasz książki do przeczytana „na raz”, prostej, wesołej historii to bez wahania powinieneś sięgnąć po opowiadania „W śnieżną noc”. Gwarantuje Ci, że świąteczny czar zadziała i pochłoniesz tę lekturę z ogromną przyjemnością. Na mnie podziałał, mimo że czytałem ją wiosną.
Jeżeli jednak wolisz głębsze historie i nie lubisz romansu – no cóż, prawdopodobnie zanudzisz się podczas czytania. Ale warto spróbować, może tym razem też wydarzy się cud i nie będziesz mógł oderwać się od tej książki?


Jeżeli czytaliście: podobało się wam? Napiszcie w komentarzach!

Jego płaszcz zaczynała pokrywać coraz grubsza warstwa śniegu. Widoczność malała z każdą minutą. Śnieżyca nie ustępowała, ba, cały czas przybierała na sile. To znaczyło, że powoli docierał do celu. Chociaż nie wiedział, gdzie on konkretnie jest – całą swoją wiedzę czerpał z legend i mitów. Mieszkańcy pobliskiej wioski kazali mu iść wysoko w góry. „Łatwo im mówić” ­– pomyślał, zakrywając twarz ręką. Mimo grubych rękawic zrobionych z futra Mamoswine’a, mróz dawał się we znaki i powoli odmrażał kończyny.
Nagle wszystko ustało. Zapanowała grobowa cisza. Zamiast śniegu, pod nogami miał teraz grubą, lodową pokrywę. Absolutne Zero. Tak w starych podaniach nazywano miejsce zamieszkania Articuno. Historie opowiadane z ojca na syna tłumaczyły: „Gdy śnieg zmieni się w lód. Gdy nie będzie już niczego. Zapanuje Absolutne Zero. Wtedy przygotuj się na spotkanie z legendą”. Zanim ruszył dalej, otrzepał się z ciążącego śniegu. Z kieszeni wyciągnął flakonik z dziwnym wywarem przygotowanym przez starszą wioski. Ta szaro-zielona, bulgocząca lekko ciecz, podobno miał chronić przed zimnem. Mężczyzna uwierzył, dopiero gdy zobaczył, że ciecz nie zamarzła. Wypił wszystko na raz. Smak miało paskudny. Było to coś tłustego, a w dodatku intensywnie gorzkiego. Paliła w usta. W usta, w przełyk, w żołądek. Piekła we wszystko, czego dotknęła. Ale działała i to zaskakująco szybko. Momentalnie mężczyzna poczuł uderzenie gorąca, która zalewa jego zmarznięte ciało. Centymetr po centymetrze. Odmrożone stopy i palce wróciły do normalnego stanu. Jego ciało parowało. 
Na horyzoncie nie było niczego. Żadnego Pokemona, żadnej, nawet najmniejszej rośliny. Ostatnich ludzi zobaczył u podnóża góry, więc nawet ich nie szukał wzrokiem. Mimo wywaru czuł, że w tym miejscu jest znacznie zimniej niż w innych częściach góry. Ale brnął dalej, przez gładki, błyszczący w słońcu lód. Cisza zaczynała go dobijać. Wcześniej nieustanny szum powodowany zamiecią nie pozwalał mu myśleć, a teraz, gdy wokół panuje spokój, myślał aż za dużo. „Czy było warto w ogóle pakować się w coś takiego?”, „A co jeżeli go tutaj nie znajdę?” – to tylko kilka pytań, z natłoku wątpliwości w jego głowie.
Miał szczęście. Przez to całe rozmyślanie, niemal nie zauważył ogromnej wyrwy przed sobą – jeszcze jeden krok, a wpadłby do jaskini pełnej gigantycznych, lodowych kolców. Spojrzał w dół. Na końcu przepaści dojrzał coś różniącego się od reszty otoczenia. Między jasnoniebieskimi kryształami falowało coś na wzór białego, połyskującego, jedwabnego szala. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Gdyby ktoś go teraz zobaczył, uznałby, że uciekł ze szpitala psychiatrycznego. Z przypiętych do pasa Pokeballi wybrał pierwszy. Po chwili przy jego boku stanął Cobalion. Przywódca legendarnych Mieczy Sprawiedliwości – czwórki szermierzy, biegających po świecie i chroniących inne Pokemony.
– Błyskodziało – powiedział pewnym głosem. Cobalion bez zastanowienia posłał wiązkę światła w dół jaskini.
Moment później usłyszał przeraźliwy skrzek i trzepotanie skrzydeł. Ze środka otchłani wyfrunął Articuno. Legendarny lodowy ptak, który ukazywał się zagubionym w górach ludziom. Przy każdym machnięciu skrzydeł, tworzył śnieg. Gdy tylko zobaczył mężczyznę, wydał z siebie głośny ryk i zamieć rozpętała się na nowo.
– Cholera – zaklął mężczyzna. – Cobalion atakuj Świętym Mieczem!
Niebieski Pokemon posłusznie ruszył do ataku. Z jego czoła wyrósł połyskujące, szaro-błękitne ostrze. Cobalion wyskoczył i zaatakował. Mistyczny ptak próbował zrobić unik, ale szermierz był na tyle szybki, że zdołał trafić. Lodowy Pokemon wystrzelił promieniem, który zamrażał wszystko na swojej drodze. Po chwili, ze znacznej części terenu wyrastały lodowe, ostre jak brzytwa kolce. Okazało się, że Articuno trafił Cobaliona – na szczęście tylko w tylne nogi. Mężczyzna szybko kazał mu wrócić do Pokeballa, a potem wyrzucił kolejnego. Fioletowa maź zaczęła topić lód.
– Trucizna! – wykrzyczał mężczyzna, zasłaniając się płaszczem przed śniegiem.
Pokemon posłusznie wystrzelił ze swojego ogromnego cielska kilka kulek dziwnej mazi, które trafiły Articuno w skrzydła. Ptak zawył z bólu i postanowił uciekać, mimo że trucizna utrudniała lot.
Mężczyzna wrócił Pokemona do Pokeballa i roześmiał się, gdy tylko przestało wiać. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Wiedział, że legenda nie ucieknie zbyt daleko. Sądząc po kierunku,
w którym leciała, opadnie z sił gdzieś nieopodal miasta. Teraz wystarczyło już zejść z góry i przeszukać teren w okolicach Rewar.

Ewan udał się do Pokecentrum. Chciał przed podróżą przebadać Mareep, mimo że ta miała regularne kontrole. Różowo włosa siostra Joy, wraz ze swoją Chansey zabrały Pokemona Ewana do pomieszczenia obok.
Chłopak stał przy kontuarze, bacznie przyglądając się mapie. Najbliższa sala znajdowała się w Merado. Falkner walczył latającymi Pokemonami. Z tego, co wiedział, jego elektryczna Mareep nie powinna mieć większych problemów z pokonaniem tego lidera. Niestety aktualnie sala była zamknięta. Falkner udał się niedawno do Rocver, aby wypróbować nowe taktyki na walk  z kamiennymi Pokemonami. Ich ataki zawsze były super efektywne przeciwko latającym Pokemonom, zupełnie tak jak elektryczne. Plotki mówią, że ostatnio dostał jakąś Techniczną Maszynę, z ruchem, który pozwoli mu pokonać słabości swoich Pokemonów.
Kolejna, na południe od Merado, to właśnie ta w mieście Revar. „Nie ma szans” – pomyślał Ewan. Wiedział, że dopóki nie złapie jakiegoś innego Pokemona, nie powinien walczyć z Brockiem. Problem polegał na tym, że następne miasto, w którym miałby szanse wygrać jest bardzo daleko. Podróż autobusami czy „na stopa” nie wchodziła w grę – przecież wtedy nie spotkałby żadnych dzikich Pokemonów. Szybko wykluczył nieodpowiednie miasta. Zostały dwa. Do Wasseno droga prowadziła naokoło Trującego Lasu. Drugie, Erad, było znacznie dalej.
W międzyczasie siostra Joy w pełni przebadała Mareep. Owieczka okazała się zupełnie zdrowa i pełna energii. Pląsała radośnie tuż obok nóg Ewana.
– Nie ma jakiejś szybszej drogi do Wasseno? – zapytał pielęgniarkę.
Kobieta pokiwała przecząco głową. Ewan zaczął wypytywać ją, czy może wie, kiedy sala
w Merado zostanie ponownie otwarta. Dowiedział się jedynie, że na pewno nie w najbliższym tygodniu. Zaklął pod nosem. Ledwo zaczął swoją przygodę i już wszystko idzie zupełnie nie po jego myśli.
Drzwi wejściowe rozsunęły się, a dzwonek nad drzwiami wydał charakterystyczny dźwięk. Do środka wszedł wysoki mężczyzna. Wolnym krokiem zmierzał ku ladzie, a końcówka jego płaszcza ciągnęła się po białych płytkach. Spod wysokiego kołnierza wystawała tylko górna część twarzy oraz jego blond włosy. Mężczyzna wyjął grzebień i zaczesał je do tyłu. Tylko jeden kosmyk nie chciał zostać na miejscu i opadł na czoło. Rzucił pas z Pokeballami tuż przed siostrą Joy. Kobieta posłusznie ułożyła kulki w specjalnej maszynie, służącej do szybkiego leczenia Pokemonów. Kilka chwil później oddała je z powrotem. Blond włosy mężczyzna podszedł do mapy. Przez chwilę obserwował, jak Ewan jeździ placem po mapie od Rewar do Wasseno.
– Można dotrzeć tam szybciej.
Miał dźwięczny głos, miły dla ucha. Rozpiął płaszcz. Od wewnętrznej strony, która była równie liliowa, jak zewnętrzna,  Ewan dostrzegł odznakę Zefiru. Niebieski element, przypominający skrzydło połyskiwał delikatnie. Mężczyzna dostrzegł zainteresowanie odznaką i odsłonił resztę.
W trzech rzędach umocowane były wszystkie odznaki z tego regionu. Począwszy od odznaki Zefiru, którą zobaczył już na początku, przez Deszczu, na odznace Latarni morskiej kończąc. Oznaczało to, że tajemniczy mężczyzna pokonał już dwunastu liderów.
– Zamierzasz walczyć z Elitarną Czwórką? – Ewan nie mógł oderwać wzroku od metalowych przypinek.
Mężczyzna uśmiechnął się. Siostra Joy pomyślała, że jest to wyjątkowo straszny uśmiech.
– Zanim pokonam Elitarną Czwórkę, zamierzam odpocząć chwile w Wasseno. Moi rodzice tam mieszkają, a już dawno ich nie wiedziałem. Nie mam zamiaru nadkładać taki kawał drogi, gdy można przejść przez las. Jeżeli chcesz, to mogę cię eskortować wprost do miasta.
Ewan zaczął energicznie kiwać głową. Nigdy jeszcze nie spotkał nikogo, kto pokonałby wszystkich liderów. Mimo ostrzeżeń siostry Joy, oboje wyszli z Pokecentrum. Szli wprost do Trującego Lasu.
Żar lał się z nieba. Z roku na rok, lato jest coraz gorętsze – a przynajmniej tak to odczuwał Ewan. Szli jedną z mniejszych uliczek. Wszystkie Pidovy, które rano tak ochoczo gruchały, pochowały się w krzaki. Nad głowami ludzi widniały jasne parasole, aby przynajmniej odrobinę chronić ich przed piekielnymi promieniami. Większość Pokemonów pozostawała w Pokeballach – jedynie ogniste, wodne i trawiaste dawały radę wytrzymać w takim skwarze. Sporo przechodniów wykorzystywało naturalne umiejętności tych drugich, aby trochę się ochłodzić. Ewidentnie największą przyjemność czerpał Ludicolo, który kroczył wolno za mężczyzną w sombrerze. Pokemon ten łączył w sobie dwa ostatnie typy i takie lato było dla niego idealne.
Na uliczce, jak gdyby znikąd, wyrosła spora kwiaciarnia. Przed szybą zajmującą prawie całą ścianę – jedynie drzwi zmieściły się obok niej – rozstawiono kilkanaście kwiatów w donicach. Przyciągały wzrok każdego przechodnia swoimi pięknymi kolorami. Pod zielonym baldachimem podwieszono jeszcze kilka fuksji. Właścicielka sklepu nie musiała bać się kradzieży: tuż obok największej z donic siedział Leafeon. Pokemon, którego uszy oraz ogon przypominały duże liście, był widocznie zaintrygowany Flabébé. Małe stworzenia z wyglądu przypominające wróżki, kurczowo trzymały się słupka swoich kwiatków, na których latały. Flabébé najczęściej spotkać można na łąkach, ale ostatnio coraz ochoczo przylatują do różnych kwiaciarni, gdzie urozmaicają widok.
Ze środka wyszła tęga kobieta z przyjemną twarzą. Niosła ogromną konewkę z wodą, którą oblała Pokemony. Leafeon otrzepał się energicznie i otarł o jej nogę. Dostrzegła dwójkę mężczyzn idących w jej stronę.
– Ewan? A co ty tu robisz? – Zdziwiła się na widok swojego siostrzeńca.
Gdy tylko podeszli, wyściskała mocno chłopaka. Mężczyzna skłonił się nisko.
– Witam – odpowiedziała. – Jestem ciocią Ewana, a pan to…
– Nicolas Rey – przerwał jej. – Jestem trenerem Pokemon i wybieram się z Ewanem do Wassano.
Kobieta zamrugała dwa razy, jakby próbowała przeanalizować wszystkie informacje. Po chwili pacnęła się otwartą dłonią w czoło. Weszła do sklepu i zniknęła gdzieś w pomieszczeniu obok. Moment później wróciła przed sklep z papierową torbą w ręku. Wręczyła ją Ewanowi.
– Zapomniałam na śmierć. Przecież dzisiaj masz urodziny! – Ucałowała chłopaka w policzek. – Masz tutaj od cioci torbę świeżych pufinek i pieniążki. Szybko pokazuj jakiego Pokemona wybrałeś!
Ewan odpiął od pasa czerwono-białą kulkę i wypuścił z niej błyszczącą Mareep. Ta ziewnęła, najwidoczniej przed chwilą jeszcze spała. Jej różowa sierść idealne wpasowała się w kwiaty stojące tuż obok. Popatrzyła w lewo i w prawo, a potem na Ewana. Wtedy coś ją złapało i przytuliło. Ciocia Ewana od razu zakochała się w różowiutkiej owieczce. Mereep jednak nie przypadły takie pieszczoty do gustu i potraktowała kobietę lekkim wyładowaniem elektrycznym. Na szczęście nieszkodliwym, ale skutecznym. Owca wylądowała na ziemi, a moment później obskoczyły ją Flabébé. Leafeon ostrożnie ją obwąchał i usiadł obok, wpatrując się, jak Mareep okręca się w różne strony, obserwując latające stworki.
– Nie lepiej zamiast do Wessano, udać się do Merado? Za dwa dni ma odbyć się Dzień Lodu – zapytała.
Ewan już od kilku lat uczestniczył w tym święcie. Tego roku nie zamierzał marnować czasu – Articuno jeszcze nigdy nad tym miastem nie przeleciał, przynajmniej on go nie widział. Poza tym,
w Merado prawdopodobnie będzie taki tłok, że o szybkim przejściu przez nie, będzie mógł tylko pomarzyć.
– Ciociu, dziękuje za prezenty. – Rozdał Pokemonom po jednej pufince – Na nas już pora, przecież Misty nie będzie czekać stu lat, żebym ją wreszcie pokonał. – Uściskał na pożegnanie kobietę, Mareep kazał wrócić do Pokeballa i zaczął iść ku wyjściu z miasta. Nicolas skinął głową na pożegnanie i ruszył za nim.

Całe szczęście, że zdążył na autobus odjeżdżający prawie spod jego domu. Cel podróży: Rewar City.  Zielony pojazd zostawiał za sobą kłęby kurzu. Na piaszczystej drodze rzadko widywano dzikie Pokemony, dlatego Ewan często chodził do pobliskiego miasta.
Merado przez długi okres nie było warte żadnej uwagi. Ponadto strasznie tam wietrznie przez większość roku. Nikt nie spodziewał się, że to właśnie tutaj Falkner postanowi założyć własną Salę. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Do miasteczka cały czas przybywali nowi trenerzy, aby rywalizować z liderem o odznakę Zefiru. Szybko wybudowano tutaj Pokecentrum i sklepy sprzedające mikstury lecznicze oraz Pokeballe. Mieszkańcy przypomnieli sobie też pewną starą legendę – mistyczny Pokemon Articuno miał przelatywać nad Merado co kilka lat. Sprzedawcy szybo zwęszyli okazję do łatwego zarobku i zaczęli promować Dzień Lodu. To wydarzenie sprawiło, że teraz co roku spore grupy wycieczek przybywały do Merado z nadzieją, że akurat w tym roku zobaczą lodowego ptaka – przy okazji kupując tony gadżetów.
Do Rewar droga prowadziła przez gęsty las. Nie bez powodu nazywany przez miejscowych Trującym Lasem. Już sam jego widok potrafił odstraszyć – większość drzew miała liście koloru fioletowego. Kolorowe kwiaty o wyjątkowo słodkim zapachu wręcz przeciwnie. Przyciągały wszystko: od Pokemonów aż po ludzi. Niczego nieświadomy człowiek, wabiony intensywnie słodkim zapachem wchodził coraz głębiej w ciemną gęstwinę. Szybko okazywało się, że kwiaty parzą przy każdym, nawet najmniejszym dotyku, a droga, którą przyszli gdzieś znikła. Wtedy zaczynało się piekło.
Zdezorientowany człowiek wpadał w lepkie nici pajęczyn Spinaraków i Ariadosów. Nie patrzył pod nogi, a to mogło skończyć się fatalnie, gdy przypadkiem stanąłby na dzikiego Foongusa. Gdzieś między drzewami płyną nieliczne strumienie. Bywali tacy, którzy idąc wzdłuż niego, chcieli wyjść z lasu. Quilfishe to trujące ryby, które bardzo nie lubią, gdy ktoś wchodzi na ich teren – w tym przypadku podchodzi do strumienia. Najsensowniejszym wyjściem okazywało się stanie w miejscu i czekanie na pomoc. Kiedyś w jednej z gazet opublikowano artykuł, który wyraźnie odradzał wchodzenie do Trującego Lasu – ukazał się kilka dni po znalezieniu martwego chłopca, zaatakowanego przez Sevipera.

Od razu po wjechaniu do Rewar, w oczy rzucały się ogromne wieżowce. Nawet na obrębach miast zaczęto budować kilka takich gigantów. Rewar było drugim co do wielkości miastem, zaraz po stolicy, w tym regionie. Nic dziwnego, że mimo wczesnej godziny, na chodnikach kłębili się ludzie. Chociaż na pewno nie było ich tle, co w godzinach szczytu. Wtedy trudną wyprawą okazywało się przejście na drugą stronę ulicy.
Większość osób gnała do pracy lub na poranne zakupy, póki jeszcze nie było godzinnych kolejek. Na drutach siedziały Pidovy, ochoczo gruchając na przechodniów, gdzieś jakiś Machoke pomagał nieść staruszce zakupy, ktoś leciał trzymany przez Talonflame’a – ostatnio bardzo popularny środek transportu, w powietrzu nie ma tłoku. Miasto żyło… I tworzyło korki. Ewan czterdzieści minut jechał przez las między dwoma miastami, a teraz kolejne dwadzieścia stoi w korku. Nie mógł pozwolić sobie na takie marnowanie czasu, mimo że było dopiero trochę po szóstej. Znał to miasto, a raczej drogę do laboratorium. Poprosił kierowcę o otworzenie drzwi i udało się wprost do profesora Silvermoona.

Wszedł do przestronnego pomieszczenia. Z sufitu zwisały ogromne, szare lampy oświetlające większość laboratorium. Ściana naprzeciw drzwi była oszklona. Za budynkiem znajdował się spory ogród, na którym niektóre Pokemony biegały wolno. Tuż przed oknem stały trzy puste inkubatory. Pod jedną ze ścian, przy metalowych biurkach siedzieli asystenci. Między wysokimi regałami z książkami typu: „Pokemony dla każdego” czy „Jak dobrze wytrenować Pokemona” stało kolejne biurko, a na nim leżał laptop. Wokół latały porozrzucane notatki z rysunkami oraz opisami ewolucji.
Z pomieszczenia obok wyszedł mężczyzna o aparycji anorektyka. W jednej ręce trzymał kubek świeżej kawy, w drugiej oblanego różowym lukrem donuta. Z nosa zsuwały mu się okulary. Rozpromieniał na widok gościa.
- Witaj Ewan! – Podszedł do chłopaka, odgarniając nogą jakieś notatki. Zaraz za nim biegł rozgniewany Seedot. Małe stworzenie przypominający żołędzia, z pełnym impetem uderzyło szypułką o kostkę profesora Silvermoona. Odbił się, mrugnął dwa razy i pobiegł dalej. – Dzisiaj też przyszedłeś oglądać Pokemony?
To nie była jego pierwsza wizyta u profesora Silvermoona. Ewan, jako jedyny ze swojej rodziny kompletnie nie lubił zakupów. Za to bardzo interesowały go Pokemony. Dlatego jego rodzice zostawiali go u profesora, gdzie mógł oglądać ich różne gatunki. Kiedyś trafił na moment ewolucji jednego z Pokemonów. Do dzisiaj pamięta te białe światło, które oślepiło wszystkich w pomieszczeniu i roześmianą twarz Ambipom
– Przyszedłem, aby zostać trenerem – oznajmił z dumą Ewan.
 Każdy chętny mógł zostać trenerem. Wystarczyło mieć szesnaście lat, dużo determinacji i Pokemona od któregoś z profesorów. Silvermoon zamrugał znacząco, identycznie jak Seedot. Rozpromieniał jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe. Odgarnął czarne, falowane włosy do tyłu i poprawił okulary.
– To już szesnaście lat? – westchnął – Jak ten czas szybko mija. Pamiętam, jak jeszcze byłeś… – Profesor szykował długą opowieść o dzieciństwie Ewana, ale w tym samym momencie Seedot uderzył w jego nogę ponownie, wyrywając Silvermoona ze wspomnień.
– Pewnie nie chce ci się słuchać historyjki nie-takiego-starego profesora… Mniejsza. Chcesz zostać trenerem! – Klasnął w ręce.
Asystenci wstali od biurek i po chwili przynieśli coś podobnego do czerwonego telefonu z klapką i kilka Pokeballi.
– Oto twój początkowy zestaw. Pokedex i Pokeballe. – Wręczył chłopakowi wszystkie przedmioty.
Pokedex to urządzenie, które zapisuje dane o Pokemonach. Dzięki niemu można dowiedzieć się, jak duży jest dany Pokemon, ile waży, a nawet, w nowszych wersjach, gdzie występuje. Gdy złapie się jakiegoś, Pokedex określa jego naturę, pokazuje ruchy, które umie i może się nauczyć oraz preferowane pożywienie. Ewan zapakował wszystko do swojego plecaka. Profesor Silvermoon pokazał chłopakowi ekran laptopa.
– Możesz wybrać swojego pierwszego Pokemona.
Na ekranie wyświetliła się lista ze zdjęciami Pokemonów. Większość z nich była pospolita, często spotykana na łąkach czy w mieście. Między nimi znalazły się jednak rzadsze okazy jak Stunky – Pokemon typu trującego z podtypem mrocznym – czy lodowo-wodny Spheal. Wszystkie posiadały spokojną naturę, aby początkujący trenerzy poradzili sobie z treningiem. Ewan dostrzegł pośród kilkudziesięciu Pokemonów kilka swoich ulubionych, takich jak Skorupi, czyli wcześniejsza ewolucja Drapiona czy Litleo. Długo przeglądał kolejne strony z Pokemonami, nie mogąc zdecydować się na jednego z nich.
 Profesorze, chyba wybrałem – powiedział po chwili.


Pod laboratorium zaparkowała mała ciężarówka. Z paki wyskoczyło dziwne stworzenie – wyjątkowo puszyste i aksamitne – i popędziło w stronę drzwi. Mężczyzna, który właśnie zamykał auto, ledwo zdążył otworzyć przed nim drzwi. Gdy tylko zobaczyło Ewana, który doczytywał ostatnie informacje o Pokemonie, zabeczało radośnie. A potem z całym impetem skoczyło mu na plecy.
Różowa Mareep lizała z namiętnością kark chłopaka, który cudem nie połamał sobie żadnej kości, lecąc na posadzkę z dodatkowym balastem.
– Mar-Mareep! – beczała na widok pierwszych oznak życia Ewana. Wokół niej kłębił się już Silvermoon z asystentami.
Brodaty mężczyzna wszedł do laboratorium. Po chwili zastanowienia wziął owcę na ręce.
– To mogłeś powiedzieć, że jedziesz do miasta. Podwiózłbyś mnie. – Ewan podniósł się powoli z ziemi, otrzepując przy tym spodnie.
– Synek, trzeba było poczekać trochę, a nie tak z rana uciekać… Poza tym miałem jechać później, ale ta. – Skarcił spojrzeniem Mareep. – Już chciała sama biec za tobą.
Profesor Silvermoon przetarł swoje okrągłe okulary. Na wszelki wypadek uszczypnął się jeszcze w rękę. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Błyszczący Pokemon! I to w jego laboratorium! Od takich rzadsze są jedynie te legendarne…!
– Panie Gren, nigdy nie wspominał pan, że w hodowli urodziła się błyszcząca Mareep.
Mężczyźni rozmawiali chwile o braku okazji do pochwalenia się takim szczęściem, gdy asystenci przystąpili do ogólnych badań Pokemona. Przez ich unikalność ciężko zebrać informacje – czy różnią się czymś jeszcze prócz koloru oraz który gen definiuje zmianę koloru? To jedne z wielu pytań, które dalej pozostają bez odpowiedzi. Za zgodą taty Ewana, asystenci pobrali materiał genetyczny w postaci kępki wełny do badań. 
– To którego Pokemona wybrałeś? – Silvermoon dalej skupiał się na błyszczącej Mareep.
Ewan podrapał się po głowie. Tam było tyle interesujących i silnych Pokemonów. Zadawał sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie spotka, a tym bardziej nie złapie ich wszystkich… To jest jego jedyna okazja… Ale wtedy Mareep pewnie umrze z rozpaczy i zazdrości. „Co wybrać, co wybrać” – pytanie świdrowało mu w głowie. Westchnął głęboko.
– Mareep, do Pokeballa! – krzyknął i rzucił w stronę owcy czerwono-białą kulkę.

Gdy Pokemon jest bardzo przywiązany do danej osoby, bez problemu daje się złapać. Nawet bez walki. Tak było i w tym przypadku. W locie Pokeball otworzył się. Ze środka wystrzeliło czerwone światło, które pochłonęło Mareep. Sekundę później spadł na ziemie i kołysał się raz w prawo, raz w lewo. Wszyscy wstrzymali oddech, w laboratorium rozbrzmiało kliknięcie, oznajmiające, że Pokemon został złapany. Ewan podniósł Pokeballa i wypuścił Mareep. Ta po chwili zastanowienia, wskoczyła mu na ręce. Jej różowa, puchata sierść grzała naprawdę mocno – po chwili chłopak wypuścił ją na ziemię, bo zaczynał się pocić. Na zewnątrz także robiło się nieprzyjemnie gorąco.

Ludzie wypełniali trybuny aż po brzegi. Miejsca siedzące były pozajmowane już na godzinę, zanim to wszystko się zaczęło. Widzowie stali dosłownie jeden na drugim, aby tylko zobaczyć to widowisko. Zarząd postanowił włączyć zewnętrzne ekrany, aby tłum nie pchał się do środka, tylko stał na placu. Panował taki upał, że nawet ogniste Pokemony zostawały w Pokeballach. Ale to nie zrażało widzów – przecież niecodziennie mają okazję oglądać walkę z mistrzem. W środku, dzięki kilku ogromnym klimatyzatorom temperaturę dało się znieść. W tym roku słońce okropnie grzało. Jedynym plusem takiej pogody, jest to, że zarząd nie musiał sztucznie hodować różnych – mniejszych lub większych – traw i krzaków. A wszystko to stanowiło nieodłączny wystrój tej sali. A raczej tego poziomu.
– Proszę państwa, walka trwa! Pretendent nie ma zamiaru się poddać! – grzmiał komentator. – Wystawia kolejnego Pokemona, tym razem to olśniewająca Gardevior! Jak na to odpowie Aaron?!
Trybuny po licznych oklaskach na widok psychicznego Pokemona, ucichły cmentarna ciszą. Wszyscy oczekiwali na ruch Aarona.
Aaron jest członkiem Elitarnej Czwórki. Organizacji składającej się, tak jak wskazuje nazwa, z czterech trenerów Pokemon. Ale nie byle jakich. Najsilniejszych w całym regionie. Latami szkolili swoje stworki, aby móc zajmować tak ekskluzywne miejsce. Jednak nie mogą osiąść na laurach. Cały czas muszą się szkolić, by pokonać kolejnych trenerów z ambicjami do bycia tymi najlepszymi. Aaron jest najmłodszy z Elitarnej Czwórki. To zadziwiające, że ktoś w tak młodym wieku osiągnął aż tyle. I to jeszcze takim typem Pokemonów. Lider specjalizuje się bowiem w Pokemonach typu robaczego.
– Jest i on! Drodzy widzowie, oto najsilniejszy Pokemon lidera. Pokemon, który jednym ciosem swoich szczypiec może ściąć drzewo! Potężny Drapion! – wykrzyczał komentator.
Na arenie znowu zawrzało. Wszyscy na niego czekali.
Potężny, podobny do skorpiona stwór wylądował między kępkami traw, wstrząsając pojedyncze kamienie. Jego gigantyczne szczypce z zapałem cięły powietrze, a sam Drapion szczerzył się przerażająco.
 Drapion, Krzyżowa Trucizna! – wykrzyczał Aaron. Pokemon bez namysłu rzucił się do walki. Jego ramiona rozbłysły na fioletowo-różowy kolor i chwile później Gardevior została powalona falą skrzyżowanej energii.
Drapion był wyjątkowym Pokemonem. Jego unikalne zestawienie ataków pozwalało nokautować przeciwników jeden po drugim. Z głośników rozbrzmiał głos sędziego.
– Przeciwnik nie posiada więcej Pokemonów zdolnych do walki. Wygrywa Aaron!
Widzowie ryknęli, głos komentatora zagłuszyły oklaski, a gwizdanie było słychać nawet w pobliskim mieście. Ewan aż podskoczył z wrażenia. Oglądanie walk Pokemon, szczególnie tych, w których walczyli członkowie Elitarnej Czwórki, było jego ulubionym zajęciem. Już dawno postanowił, że gdy tylko dorośnie, pokona ich wszystkich i zostanie najlepszym trenerem.
- Drapion! Wybieram cię! – krzyknął, rzucając pluszowego Pokeballa. Ten odbił się od nogi jego mamy, która właśnie niosła tort w kształcie Togepi. Dzisiaj były jego ósme urodziny.
Gdy tylko napotkał spojrzenie matki, delikatnie sugerujące, że wystarczy oglądania na dzisiaj, wyłączył telewizor i usiadł do stołu.

Kilka lat później.

Pierwsze promienie słońca wydarły się zza horyzontu. Ewan stanął przed lustrem. Był gotowy do drogi. Założył najlepsze ciuchy, wygodne buty i spakował rzeczy do plecaka. Jedyne co go martwiło to włosy. Jego zielone, sterczące kudły nigdy nie chciały ułożyć się tak, jak powinny. Przewiązał je czarną bandaną, ale i tak wystawały z tyłu. Westchnął głęboko i z wielkim bólem. Budzik w kształcie Bronzora zaczął głośno irytować, oznajmiając, że już piąta rano. Budząc przy okazji wszystkich domowników i pół stada w owczarni.
Ewan dopakował jeszcze swojego zabawkowego Pokeballa i zbiegł po schodach. Zauważył, że rodzice wstają już z łóżka i usłyszał marudzenie młodszej siostry.
- Wychodzę! I nie wiem, kiedy wrócę! – wykrzyczał, przeskakując radośnie przedpokój. Pociągnął energicznie za klamkę drzwi wejściowych, prawie wyrywając je z zawiasów. Wybiegł i w tym samym momencie wpadł na coś, a następnie przetoczył się po podwórku, brudząc przy tym nową kurtkę. Młoda Mareep jakby wiedziała, że coś wisi w powietrzu. Jakimś cudem uciekła z zagrody i stanęła jak słup soli przed drzwiami, powodując przy tym wypadek. Na pewno nie to było jej zamiarem. Po chwili namysłu doskoczyła do pojękującego Ewana i zaczęła lizać mu twarz.
– Mar-Mareep! – Starała się wydać najsłodszy dźwięki, jaki potrafiła.
– Już, już starczy.  Podniósł się z ziemi, odpychając pyszczek owcy. – Mogłaś mnie zabić.
Otrzepał czarną kurtkę z kurzu. Dało to średnie efekty – niezbędne okazało się pranie. Co za tym idzie: jego przygoda znowu musi poczekać… Przynajmniej do czasu aż mama zechce nastawić pranie.  Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przecież dzisiaj ma urodziny.
Widząc entuzjazm na twarzy syna, mama nie miała siły, aby na niego krzyczeć. W końcu to ten dzień – szesnaste urodziny, początek przygody, buzujące hormony… Zabrała się jednak do szybkiego przeprania kurtki. Ewan siedział w kuchni i jadł urodzinowe śniadanie. Tuż obok niego pląsała radośnie różowa Mareep. Jego rodzice hodują Mareepy – głównie dla niewiarygodnie puszystej wełny. Ale przy okazji są to równie bardzo przyjazne Pokemony. Czasem powodują mniejsze lub większe wypadki, ale nigdy z zawiści czy nienawiści. Ta konkretna owca bardzo przywiązała się do Ewana. Można powiedzieć, że nie odstępowała go na krok. Z jednej strony był to pech: Mareep potrafiła bowiem nieumyślnie utrudniać życie, a z drugiej strony ogromne szczęście: Pokemona o innej kolorystyce zdarzało się spotkać raz na kilka tysięcy zwykłych. Chłopak skończył kanapki, dopił kawę i podrapał owieczkę po głowie. Moment później przyszła mama z odświeżoną kurtką. Zmierzyła spojrzeniem owcę, która nie powinna chodzić bezkarnie po kuchni, ale usłyszawszy „MarMareep!”, pozwoliła jej zostać.
– Obiecaj, że będziesz na siebie uważał. – Zaczęła wykład, który słyszał już setki razy. – Uważaj na dzikie Pokemony. Pamiętaj, że te, które złapiesz to twoi przyjaciele, a nie rzeczy służące do walki. Karm je regularnie i kąp. Pamiętaj, aby odwiedzać PokeCentrum i po prostu nie pakuj się w kłopoty. – Wyliczyła jeszcze kilka rzeczy, które nie może, ma lub musi robić. Ewan znał to na pamięć, więc potulnie kiwał głową. Wreszcie wstał od stołu.

– Będę dzwonił, gdy tylko będzie okazja. – Uściskał mamę, krzyknął na cały dom, że wychodzi i jak powiedział, tak zrobił.

King w swojej książce „Jak pisać” mówi, że nie bierze od innych pomysłów, ponieważ to ich własne historie, które sami powinni przelać na papier. Załóżmy taki scenariusz:
Pani Helena przychodzi do autora. Po krótkiej wymianie uprzejmości i herbacie przechodzi do rzeczy.
– Panie autorze. Ja poproszę romans z pikantnymi scenami erotycznymi, koniecznie dobrze zobrazowanymi i nieziemsko przystojnym facetem. Musi być świnią wykorzystującą kobiety, ale z pięknymi oczami, porywającym uśmiechem oraz mnóstwem pieniędzy. Albo w sumie może być i pięćdziesięciu facetów ważne, aby każdy miał gorące sceny z bohaterką.
- Dwa tysiące złotych – odpowiada autor.

Książka na zamówienie.


Wyobrażacie sobie coś takiego? Nie? Całe szczęście. Wszystko z wami w porządku. Możecie odwoływać wizyty u psychiatry. Ja jednak chciałbym dzisiaj poruszyć ten temat. Mimo że jest on kompletnie nierealny, ale kto wie? Może kiedyś tak zapełnią się kolejne półki w księgarniach i strony z recenzjami?

Pomyślcie. Czasy, w których umiejętności pisarza byłyby na sprzedaż ­– dosłownie. Taka pani Helena mogłaby przyjść do twórcy, a on za drobną opłatą pisałby dla niej opowiadanie, powieść, nowelkę, czy co by sobie wymarzyła. Pisałby i zarabiał. Teraz powiem coś jeszcze bardziej nierealnego: dałoby się żyć na sensownym poziomie z samego pisania! Bez konieczności tworzenia Wiedźmina czy Harry’ego Pottera. Kija ma jednak dwa końce i takie działania byłyby obusiecznym mieczem: autor stargałby sobie dobre imię, tworząc prawdopodobnie gnioty. Brnąc dalej w tę myśl ­­– mniej osób kupowałoby jego książki i zgłębiając ostatni krąg tematu: wydawnictwa by tego nie wydawały.  Zadajmy sobie zasadnicze pytanie: co z tego? Przecież i tak dostał już zapłatę za książkę na zlecenie. Poza tym dochodzi coś takiego jak Self-publishing. Pani Helena może bardzo chcieć pokazać światu „swoje dzieło” i wydać je za własne pieniądze.
Jeżeli doszłoby do takiego scenariusza, to wzdychałbym nad losem takich pisarzy. Wydaje mi się, że cholernie trudno napisać cokolwiek z panią Heleną, zerkającą co rusz znad ramienia w tekst i poprawiającą wszystko, co jej nie pasuje. Ale płaci, to wymaga.

Nie zapominajmy o autorach, którzy nie braliby udziału w takich zleceniach, bo i tacy się pewnie znajdą. Co z nimi? Zakładam, że napiszą dobrą książkę, może bardzo dobrą. Wydawnictwo dostrzeże, że jest ona ponad inne i postanowi ją wydać. I możliwy bestseller utonie w morzu gniotów. Niezauważony, bo leżący już rynek czytelnictwa, nie będzie miał ochoty sprawdzać książki, którą uzna za kolejne zlecenie. Staną się małymi kropelkami nadziei w morzu gównianych tworów. Szybko autorom odechce się pisać i na rynku pozostaną tylko zamówione książki. Koło się zamyka. Rynek czytelniczy leży i kwiczy. Nie warto pisać książek innych niż na zamówienie. Sodoma i Gomora.




Skąd narodził mi się taki pomysł w głowie? 


Znowu posiłkuje się pewnym serwisem ze zbiorami szemranej jakości dzieł nieznanych artystów. Zanim ktoś zarzuci mi monotoniczne czepianie się tej strony: wejdźcie i na własne oczy zobaczcie, co tam się wyczynia. Nie polecam, ale zróbcie to. Wracając do tematu. Występuje tam pewna tendencja, całe szczęście nie tak liczna, jak inne rzeczy, na zamawianie sobie krótkich opowiadań tudzież zwiastunów, opisów, prologów et cetera.

Po cichu liczę, że to tylko moja wybujała wyobraźnia i nigdy przenigdy taki scenariusz się nie ziści.

A Wy co o tym sądzicie? Czy kiedyś doczekamy się czasów, gdy umiejętności pisarza będą na sprzedaż/wynajem? Piszcie w komentarzach!

EPILOG


Po donośnym westchnięciu, jeden z trójki pstryknął palcami. Rozbłysło światło lamp, ale pomieszczenie nie było ogromną, przeraźliwie pustą salą.
Siedzieli w salonie. Ktoś, kto znalazłby się tutaj pierwszy raz z pewnością poczułby się co najmniej nieswojo. Tak delikatnie nieswojo. Prawdopodobnie jak biedny chłop w pałacu króla. I przynajmniej część z tego byłaby prawdą: salon naprawdę wyglądał jak żywcem wyjęty z osiemnastego wieku. Ściany zdobiło złoto w ilościach zdecydowanie nie do pomyślenia. Futryny ciemnych, polakierowanych, drewnianych drzwi, framugi okien i elementy mebli – wszystko pokryte najszczerszym złotem. Ponadto piękne zdobienia motywami liści nadawały im jeszcze większej dostojności. Przy lewej ścianie zbudowano kominek, który po remoncie służył już tylko za ozdobę. „Narodziny Wenus” w oryginale zajmowała przestrzeń nad nim. Vladimir nie gustował w sztuce, toteż dużo jej w domu nie miał. Obraz w salonie był nielicznym okazem, zawieszonym tylko z przymusu dobrego smaku. Dalej, pod oknami, stała ława. Długa, pozłacana, również z ciemnego drewna. Osadzona na czterech nogach połączonych zaokrąglonymi kawałkami drewna. Przy niej ustawiono duże krzesła. Na każdym z nich naszyta została skórzana poduszka. Bardzo podobna, ale znacznie bardziej ozdobiona widniała na oparciu. Kolejnym elementem wystroju salonu było barokowe biurko z kilkoma szufladami, a nad nim wisiało prostokątne lustro, oczywiście w złotej ramie. Pomimo tych wspaniałych mebli, wnętrze pomieszczenia świeciło pustkami. Człowiek czuł się w nim bardzo, bardzo mały. Ale nie wampiry. Te istoty mają w genach zamiłowanie do ogromnych, wolnych przestrzeni – przynajmniej ci rodowici.
Dwójki wampirów w ogóle nie zdziwił fakt nagłego przeniesienia do salonu Vlada. Nic a nic. Rozsiedli się nonszalancko na zabytkowych fotelach, bynajmniej nie zważając na ich wiek. Vlad szepnął coś pokojówce do ucha i dołączył do wampirów. Po krótkim oczekiwaniu w ciszy, spędzonym na podziwianiu widoków za oknem, masywne drzwi otworzyły się na oścież i do salonu weszła skąpo, ale elegancko ubrana pokojówka. Poczęstowała każdego wampira kieliszkiem z głęboko czerwoną, lekko gęstą cieczą, po czym ukłoniła się i wyszła.
– Nie krępujcie się panowie – zaczął zachęcająco Vlad. –Bardzo smaczna.
Cała trójka skosztowała. Po wymianie kilku epitetów na temat jej smaku, trzeci z nich wstał od stołu i podszedł do okna. Równo skoszony trawnik, przerywany kilkoma piaszczystymi ścieżkami, zwieńczała biała fontanna, w której miejscowe ptactwo z ochotą zażywało kąpieli.
– Na pewno mu się uda?  – Pociągnął kolejny łyk z kieliszka trzymanego w dłoni. –Alucard, nie sądziłem, że jesteś takim idiotą, aby mógł postrzelić cię byle kto. Mało co by cię nie złapał. – Zbeształ najmłodszego z całej trójki.
Alucard odetchnął głęboko, po czym wybuchł sztucznym śmiechem. Poprawił opadającą grzywkę i cisnął pustym kieliszkiem w Draco. Ten w ułamku sekundy złapał lecący obiekt za stopę.
– Wszystko miałem pod kontrolą. – Alucard uśmiechnął się tym razem zupełnie szczerze. – Jeżeli nie da rady lub zmieni swoje nastawienie, to wyeliminujemy go tak, jak pozostałych. W czym problem?
– W Nienawiści – wtrącił Vlad. Po cichu liczył, że goście nie będą rzucać innymi rzeczami.
– Im starsi, tym bardziej skorzy do snucia czarnych wizji – stwierdził blondyn. – Nawet jeżeli w jakiś sposób będzie mógł używać Nienawiści w stu procentach, to nam trzem na raz nie da rady.
– Oby. – Vlad posępniał. Po chwili jednak przypomniał sobie o czymś i głośno klasnął w ręce.

Niedługo po tym do salonu wkroczyli lokaje oraz kucharze. Wszyscy obładowani średnimi talerzami, półmiskami i tacami. Jedzenia starczyłoby na wykarmienie małej wsi. Zaraz za całym orszakiem szła ta sama pokojówka niosąca kolejne butelki ludzkiej krwi.






Jak to jest z interpunkcją? Z tymi przerażającymi przecinkami, kropkami, wykrzyknikami i pytajnikami. Czy w dzisiejszych czasach ma to jakieś większe znaczenie? Otóż tak, drogi czytelniku, ma. I to duże.
Na samym początku poczęstuje was perełkami:


zgrozo
Jak widać autor tego tekstu, kompletnie nie ma pojęcia o interpunkcji. Tutaj kolejna perełka:
  
Tym razem z jakiegoś mojego dzieła wygrzebanego, z odmieńców komputera. Trzymam takie cuda, aby przeczytać je co jakiś czas, podnieść sobie ego i gorzko zapłakać nad własna, bądź cudzą, głupotą.

Bo ja nie umiem.

Bo trzeba zadać sobie zasadnicze pytanie: czy to naprawdę jest takie trudne? I trzeba zasadniczo na nie odpowiedzieć: jest. Sam przekonałem się o tym w dość brutalny sposób, gdy musiałem z dnia na dzień nauczyć się ogólnych zasad interpunkcji. Od tamtej pory wychodzi mi to dużo lepiej. Dlatego, gdy czasem przeszukuje Internet w poszukiwani czegokolwiek wartego przeczytania - oprócz bloga Internetowe Książki - tak często wytykam wszystkie możliwe błędy. Niestety autorzy równie często nie zmieniają swoich przyzwyczajeń, radząc mi, bym przestał czytać, skoro się nie podoba.

Wina Facebooka!

Gdzie zaczyna się problem? Moim zdaniem nie w szkole, nie w momencie, gdy kolokwialnie mówiąc, olewamy naukę pisania, a podczas kontaktowania się przez Facebooku czy SMSowania. Bolesna prawda. Sam się na tym łapie, że pisząc z kimś, pomijam przecinki, bo kliknięcie kolejnego klawisza lub wybranie kolejnego znaku zabiera zbyt dużo czasu.
Jak dobrze wiadomo, kłamstwo powtarzane wiele razy staje się prawda, a błędy popełniane systematycznie stają się naszymi nawykami. Największą plaga, o której prawdopodobnie większość ludzi nie wie, jest stawianie spacji przed wykrzyknikiem tudzież pytajnikiem. A przecież to taki sam znak jak przecinek czy kropka. Czy przed przecinkiem stawiacie spację? To przed wykrzyknikiem tez nie stawiajcie. Ot cała filozofia. 
Dziwną rzeczą, oczywiście jest to moja subiektywna opinia, jest też akceptacja błędów. Chodzi mi o zjawisko, gdy niektórzy ludzie wmawiają, że taki błąd zasadniczo nic nie znaczy i liczy się tylko tekst tworu literackiego. Najczęściej spotykam się z czymś takim na stronach pokroju Wattpada. Ludzie błagam. Treść jest ważna to fakt, ale najpierw trzeba ją przeczytać. A mnie osobiście coś takie błędy odrzucają.


Nikt nie jest idealny.

Nikt nie jest idealny, nawet ja. Dlatego ktoś bardzo mądry wymyślił tę stronę. Po wklejeniu tekstu oraz wybraniu języka sprawdza pisownię i, czego nie znalazłem na innych stronach, właśnie interpunkcje. Polecam dla wszystkich osób, które piszą cokolwiek na komputerze, chociaż dla sprawdzenia samego siebie.



Jak widać, wcale nie trzeba pomijać lekcji języka polskiego, żeby zacząć popełniać błędy. Warto zacząć zmieniać swoje przyzwyczajenia z Facebooka - nawet od tej nieszczęsnej spacji przed znakiem zapytania. Gwarantuje wam, że wasze teksty staną się lepsze i przestaną odrzucać czytelników. 

Moder machnął ręką. „Aaa mam ich w...” - pomyślał. Milena poklepała go po ramieniu, odszedł. Mógł już oficjalnie zakończyć tę sprawę, ale musiał zrobić jeszcze jedną rzecz.

Kobieta chodziła nerwowo po domu. Siadała na kanapie, żeby moment później wstać. Napiła się domowej nalewki na uspokojenie. Nie pomogła. Co rusz zerkała przez okna w domu, wypatrując detektywa, policji, kogokolwiek kto odnalazłby jej małą córeczkę. Minęło dziesięć minut, a wraz z czasem ubyło jeszcze kilka kieliszków nalewki. Kobieta odeszła od okna w kuchni, które wychodziło wprost na ścianę domu po lewej. Wydawało jej się, że ze stresu serce zaraz wyrwie się z jej piersi. Podeszła do okna w salonie. Widać z niego podjazd, kawałek ulicy i lasek. Serce znowu chciało wyskoczyć, tym razem na widok detektywa, który niósł jej córkę. Założyła klapki i szybko wybiegła na dwór, łapiąc detektywa w bramie.
- Całe szczęście! Dobry Boże, całe szczęście! - wykrzykiwała w biegu. - Znalazł ją pan! Znalazł! Całe szczęście!
Gdy tylko zobaczyła dziewczynkę, zrobiła wielkie oczy. Detektyw szybko zareagował.
- Leżała w domku na drzewie w tamtym lasku. Jakieś dzieciaki urządziły tam swoją bazę. Zemdlała, prawdopodobnie z głodu, ale nic jej nie jest. Oddycha, nie uderzyła się w głowę. - Wskazał wzrokiem na dziewczynkę. - Złapałem ją w ostatnim momencie. Mniejsza. Powinna ją pani bardziej pilnować, nie puszczać samemu poza podwórko. - Zbeształ kobietę wzrokiem.
Uspokoiła się. Z jej twarzy zniknął smutek, rozpromieniła się.
- No, w każdym bądź razie. Dziękuje panu bardzo. Nie wiem, co bym bez pana zrobiła. - Pogłaskała Dżesikę po głowie. Chwilę później dziewczynką otworzyła oczy i po krótkim dojściu do siebie, rzuciła się kobiecie na szyję. - Co do zapłaty...
- Nie trzeba. - Przerwał jej Moder. Pożegnał się uprzejmie, pomachał dziewczynce i odszedł. - A, zapomniałbym! Słyszałem, że policja złapała jakiegoś faceta, który się tutaj kręcił, więc można spać spokojnie!


Gdy szedł w stronę iluzji muru, targały nim dziwne, całkowicie sprzeczne uczucia. Z jednej strony ulga po pomyślnym zakończeniu akcji. Kiedyś udałby się z kolegami na dobre piwo albo z żoną do restauracji. Żona nie żyje, dla przyjaciół on nie żyje. I nie może się upić. Więc co mu pozostało? Z drugiej strony czuł pewien niedosyt. Coś jakby poczucie, że nie zrobił wszystkiego do końca, coś pominął. Ale był pewny, że nie zapomniał o niczym. „Cel złapany, dziewczynka odnaleziona” - porządkował sobie w głowie. Wszystko się zgadza. A jednak te irytujące uczucie nie dawało mu spokoju. Starał się zabić je, śpiewając w myślach swoja ulubioną piosenkę.
Była jeszcze jedna rzecz, na którą kompletnie nie zwrócił uwagi. Na którą nie zwracał uwagi już od jakiegoś czasu. Fakt zakończenia sprawy kompletnie go nie cieszył, odnalezienie dziewczynki też. Nawet ta piosenka, którą zawsze odgrywał sobie w głowię lub cicho nucił, nie wzbudzała w nim pozytywnych emocji. Moder jednak tego nie odczuwał.
Obejrzał się, sprawdzając, czy na pewno nikt za nim nie idzie. Gdy się upewnił, że jest sam, wszedł w mur. Przeszedł przez szary korytarz aż do solidnych drzwi. Tym razem szedł bez Mileny. Pociągnął za klamkę, a drzwi otworzyły się z charakterystycznym, metalowym zgrzytem.
W pomieszczeniu świeciła jarzeniówka, oświetlając dokładnie każdy centymetr powierzchni. Na środku dalej stał stół i dwa krzesła. Jedno już zajęte. Młody blondyn uśmiechał się szeroko do detektywa.
- Znowu się spotykamy, panie Moder. - Rzucił z wyczuwalną ekscytacją w głosie. - Brawurowo wykonał pan swoje zadanie. Gratuluje! - Detektyw dosiał się po przeciwnej stronie. Spojrzał prosto w oczy mężczyzny. Podświadomie chciał wyciągnąć Nienawiść, którą skrywał w sobie mężczyzna.
Jak wiadomo, wampiry żyją długo. Dopóki ktoś (albo coś) ich nie zabije. Przez lata mogą obserwować ludzi, świat. Nikt nie jest w stanie określić co dokładnie wyciągnął Moder. Nikt oprócz niego samego. Gwałtownie odsunął się od stołu, tylne nogi krzesła nie nadążyły jednak za ruchem detektywa i ten momentalnie wylądował na plecach. Przerażony i roztrzęsiony.
- Myślę, że mogę kontynuować. - Młodzieniec podszedł do Modera i wyciągnął w jego kierunku lewą rękę, aby pomóc mu wstać. Detektyw jednak nie skorzystał z pomocy i podniósł się o własnych siłach, nie spoglądając już ani razu w oczy wampira.
- Prostak ze mnie. - Lewą ręką klepnął się znacząco w czoło. Spod jego marynarki wystawał kawałek bandaża. - Kompletnie zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Alucard. - Usiadł ponownie na krześle. Moder spoglądał na wystającą tkaninę. Alucard wyciągnął obandażowane ramię. - To taki miały wypadek przy pracy. Wróćmy jednak do Pańskiego zadania. Jak już mówiłem, wykonał pan je perfekcyjnie. W zamian przelaliśmy na pańskie nowe konto bankowe, które pozwoliliśmy sobie założyć, pewną sumę pieniędzy. Adekwatną według nas za tę pracę. - Splótł dłonie na stole, cały czas uśmiechając się do Modera, który układał sobie w głowie to, co zobaczył i poczuł. Przez ścianę naprzeciwko wyszedł jeden z agentów, w ręce trzymał butelkę wody, którą wręczył chwile potem Moderowi. Wyszedł drzwiami. Detektyw pociągnął łyk.
- Miałbym dla pana kolejne zadanie, a raczej mielibyśmy - kontynuował młodzieniec.
Zimna woda sprawiła, że Moder otrzeźwiał. Na moment przestał myśleć o wszystkim i skupił się konkretnie na słowach wampira. Wszystko wydaje mu się zbyt niejasne. Odchrząknął i zaczął.
- Panie Alucard. Rad jestem, że Masoneria jest zadowolona z mojej pracy. - Mówił głosem sztucznie dostojnym. - Rad jestem także, że założyliście mi konto bankowe, zaryzykuje stwierdzenie, że nawet bardzo wysoko oprocentowane, i wpłaciliście na nie nieznaną mi kwotę pieniężną. - Po tych słowach zrobił przerwę. Oparł łokcie o stół, a brodę o dłonie. Znowu spojrzał mężczyźnie prosto w oczy, ale tym razem nie starając się wyciągnąć żadnej Nienawiści. - Tylko co, do cholery jasnej, tu się dzieje? Najpierw każecie mi zabić wampira. To rozumiem. Potem zmieniacie plany i tylko mam go złapać. Bez wcześniejszego poinformowania mnie. A co gdybym go zabił, zanim przyszła Milena?
- Trudno - wtrącił blondyn. Przekrzywił lekko głowę. - Panie Moder. Nie musi pan wiedzieć wszystkiego. Pana zadanie było jasne, fakt, nie poinformowaliśmy pana o małej zmianie planów.
Moder parsknął. „Małej?” - pomyślał.
- Zapomnijmy jednak o tej, niewątpliwie naszej, pomyłce. - Detektywowi wydawało się, że wampir nie potrafi uśmiechnąć się już bardziej. Do teraz. - Przyjmie pan od nas kolejne, nieco trudniejsze zadanie?
Moder bacznie obserwował mężczyznę. Gdy mówił, nie drgnął mu żaden mięsień, który świadczyłby o tym, że kłamie. Jednak wszystkie jego słowa wypowiadane były z taką sztucznością, jakby miał je wyuczone na pamięć lub czytał je z kartki. Kiwnął głową twierdząco na ostatnie pytanie. Alucard wstał od stołu, wydawało się, że zaśmiał się pod nosem, jednak ów śmiech nie dotarł do uszu Modera. Gestem ręki wskazał ścianę naprzeciw drzwi. Wszedł w nią, a zaraz za nim udał się detektyw.
Przejściu przez iluzję, nie towarzyszą żadne uczucia. Jak gdyby nic się tam nie znajdowało. I dziwne, gdyby było cokolwiek czuć, skoro to tylko obraz. Ten konkretny hologram działał inaczej. Moder poczuł to, gdy w niego wszedł. Na początku dziwne zimno, potem coś podobnego do rozciągania, na koniec po jego plecach znów przeszedł dreszcz. Gdy z niej wyszedł, wszystko wydawało się bardziej logiczne. Przynajmniej tak sądził. Czytał w jakiejś książce o magicznych portalach, które mogą aktywować magowie i ich działanie było bardzo podobne. Mag wchodzi do takiego portalu i wychodzi w innym miejscu. Moder wszedł w ścianę w pokoju, a wyszedł w ciemnej sali. Specjalnie bez światła, aby nie było widać obu rozmówców. To miało gwarantować szefostwu Masonerii anonimowość. Detektyw stał tuż przy ścianie, profilaktycznie. Na wypadek, gdyby musiał uciekać.
- Panie Moder - rozbrzmiał głos gdzieś z końca sali. - Gratulujemy zakończenia akcji.
- Do rzeczy - przerwał detektyw
- Alucard mówił, że od pewnego czasu jest pan bardziej nieuprzejmy. - Kolejny głos przybył z mroku. - Mamy dla pana zadanie, o czym już pan wie. Nie miał pan większych problemów ze schwytaniem wampira. Rannego. Czy da pan radę schwytać w pełni sprawnego?
Moder jakby mimo uszu puścił część zdania. Zastanowił się jednak nad jego końcówką. Czy dam radę złapać w pełni sprawnego wampira? „ A mam inny wybór? Wątpię, aby teraz mnie stąd wypuścili” - odpowiedział sobie w myślach.
- A mam inny wybór? - rzucił w nicość.
- Nie. - Usłyszał radosny głos Alucarda. - A da pan sobie radę z dwustoma wampirami? Niekoniecznie na raz. - Moder nie odpowiedział na pytanie, bo jego odpowiedź brzmiałaby tak samo, jak poprzednio. - Oto właśnie pana zadanie. Musi pan wyłapać i przyprowadzić dwusetkę wampirów Starej Krwi. Dobrze, jeżeli byliby żywi.
- Oni też wam uciekli?
- Można tak powiedzieć. - Odpowiedział mu pierwszy głos. - Nie słyszałem sprzeciwu, więc może pan już odejść. Wszystkie informacje zostaną dostarczone do pana pokoju. Żegnam.
Moder chciał zadać jeszcze kilka pytań. Najchętniej to oddałby parę strzałów ze swojego pistoletu gdzieś w nicość, z nadzieją, że trafi akurat w którąś z postaci. Niewidzialna siła nie pozwoliła mu jednak wykonać żadnej z tych czynności. Wepchnęła go z powrotem w ścianę. Zimno, uczucie rozciąganie, dreszcz. Wylądował na podłodze w barze. Tym samym barze, w którym próbował się upić i w którym serwują okropną kawę. Barman nie zwrócił na niego uwagi - najwidoczniej przyzwyczaił się do ludzi wylatujących znikąd. Dla Modera jednak było to tak niespodziewane, jak wygrana na loterii. Niekoniecznie równie przyjemne i wesołe.
Wstając, otrzepał spodnie z kurzu i rozejrzał się po barze. W rogu, przed jednym z mniejszych stołów siedziała Milena, ubrana jak zwykle w obcisłą, czarno-różową, sukienkę. Ona też nie wyglądała na jakkolwiek zdziwioną. Dosiadł się do niej, bez uprzedniego zapytania. Bez słowa odpalił papierosa, zaciągnął się mocniej niż zwykle. Gestem przywołał kelnera, który chwile później przyniósł wino.
- Napijmy się za prawie udaną akcję, bo mam dziwne przeczucie, że w najbliższym czasie nie będę miał na to ochoty. – Stwierdził, podając kobiecie kieliszek. Pociągnął papierosa. - Mam kupę roboty. I to taką solidną.
Milena założyła nogę na nogę, bacznie obserwując mężczyzną. „Nie ty pierwszy i nie ostatni” - pomyślała, po czym napiła się z kieliszka.
- Jak ładnie poprosisz, to może ci pomogę - rzuciła, uśmiechając się szyderczo. Moder odpowiedział jej uśmiechem, za którym nie kryło się ani odrobinę szczęścia. Zaciągnął się ponownie, bardziej niż poprzedni raz. W ciszy czytał etykietę na butelce, mimo że kompletnie nie potrafił Portugalskiego. Odsunął ją i ogarnął wzrokiem Milenę.

- Powiedz mi. - Zaczął powoli, starannie dobierając słowa. - Dlaczego wampiry tak bardzo nienawidzą ludzi?
Wychodząc, upewnił się, czy kabura z Desert Eaglem wisi u pasa.
Czasami, gdy bardzo chcemy coś zrobić, wydaje się, że wszystkie rzeczy działają przeciwko nam. Jesteśmy spóźnieni do pracy a musimy zjeść jeszcze śniadanie - akurat na pół pusta lodówka, a toster nie działa. Taka złośliwość rzeczy martwych. Moder stał w korku. Próbował się nie denerwować, tłumacząc sobie, że ludzie wracają z weekendu do domu, to musi być korek. „Kiedy ja nie mam czasu, żeby stać w tym cholernym korku” - pomyślał. Wyszedł z auta i pobiegł. To była jego najlepsza decyzja w tym dniu. Tylko przechodnie jakoś dziwnie na niego patrzyli, a raczej na smugę, jaką po sobie zostawiał, biegnąc chodnikiem. Dziesięć minut i trzy telefony później dotarł na ulice Mleczną. Z okna domku wystawała roztrzęsiona kobieta.
- Ile można na pana czekać? Musi się pan szybko wziąść do roboty. Moja mała Dżesika...
Moder pośpiesznie wszedł do domku. Raz, że chciał już zakończyć tę sprawę - miał dość uganiania się za wampirem, zabawy w kotka i myszkę. Dwa, że już po chwili miał dość wydzierającej się baby, która przybiegła do drzwi szybciej niż on na Mleczną. Szykowała się, żeby coś powiedzieć, jednak Moder zaczął pierwszy.
- Kiedy ją porwali? Widziała pani kto to zrobił albo gdzie uciekł? Miał albo mieli auto? - Seria pytań rzuconych przez detektywa, zajęła umysł kobiety i nie pozwoliła jej na dodawanie niepotrzebnych informacji. Przynajmniej wampir miał taką nadzieję. Po chwil namysłu zaprosiła Modera do salonu.
W mieszkaniu panował bałagan. Rozrzucone ciuchy i zabawki walały się po podłodze i meblach. Gdzieś leżały pieniądze, a obok brudne naczynia. Na stole resztki jedzenia. Kobieta szybko zrzuciła rzeczy na podłogę, robiąc miejsce na kanapie. Poplamionej. Z drugiego pokoju przybiegł pies, który, gdy tylko zobaczył Modera, zaczął przeraźliwie głośno szczekać. „Pani domu” zamknęła go w łazience. Usiadła na taborecie naprzeciw detektywa. Zebrała do kupy myśli i zaczęła.
- Zauważyłam, że nie bawi się na podwórku jakieś dwadzieścia minut temu. Nigdy sama nie wychodziła z podwórka, czasem tylko z psem do tego lasku po drugiej stronie, ale dzisiaj ja go wyprowadziłam. Nie wiem, kto ją porwał, była wtedy w kuchni, gdy usłyszałam krzyk mojej małej... - przerwała na chwilę. - Gdy wyszłam na podwórko, już jej tam nie było, ale nie widziałam żadnego auta. - Napiła się z kubka zimnej herbaty.
Moder nienawidził śledztw, gdzie nie ma prawie żadnych poszlak. Po chwili coś sobie przypomniał. Wstał, obiecał kobiecie, że odnajdzie jej córkę i wyszedł.
Szedł podwórkiem, wpatrzony w ziemię. „Griew opóźnia regenerację”. Nie wiedział, o ile ją opóźnia, ale miał w sercu nadzieje, że więcej niż o dwadzieścia minut. Kobieta wyglądając przez okno, patrzyła się jak Moder zatacza kręgi na podjeździe. Chwile potem dołączyło do niej kilku sąsiadów. Starał się przeanalizować każde ziarenko piasku i każdy kamień. Wolnym krokiem sprawdzał miejsca, w których mogły być ślady. Aż w końcu je znalazł. Kapiąca krew prowadziła, przez podjazd i ulicę, wprost do parku. Do tego samego parku, w którym podobno znokautował go kot. Podobno. Duma Modera nie pozwalała mu w to wierzyć.
Od samego początku przeczuwał, że z tym małym laskiem jest coś nie tak. Nie spodziewał się jednak, że akurat to miejsce wampir wybierze sobie na kryjówkę. Oczekiwał czegoś bardziej... Zaskakującego. „O ile to będzie mój cel, bo równie dobrze to może być cokolwiek” - pomyślał, wypatrując kolejnych śladów. Małe kropelki krwi zaprowadziły go aż do rozdroża, później trop się urwał. „Albo zatamował czymś krwawienie, albo...” - Moder nie chciał kończyć tej myśli. Poszedł pierwszą drogą. Wydawało mu się, że skoro lasek był tak oczywisty, to przynajmniej jego cel pokusi się o coś mniej przewidywalnego.
Niestety zawiódł się kolejny raz i szybko wrócił z powrotem do miejsca, w którym ścieżki się rozchodziły. Wyciągając wnioski z poprzedniej próby, ruszył najmniej wyeksploatowaną ścieżką obok strumienia. Minął kolczaste krzaki, połacie przebiśniegów i niebieskich krokusów. Po lewej stronie zauważył wejście do krzaków, „bazę” jakichś dzieciaków. „Wydawało mi się, że tu była jakaś kładka... Mniejsza”. Poszedł dalej, aż dotarł do polany. Gdzieś na drzewie stukał rytmicznie dzięcioł, łamiąc przenikliwą ciszę. Obejrzał się. Nie zakręciło mu się w głowię ani nie napadł go kot. Nic tu nie było.
Z oddali usłyszał donośny płacz dziecka. Pobiegł tą samą drogą, z której przyszedł. Dźwięk dobiegał gdzieś z początku tej ścieżki. Płacz urwał się tak samo niespodziewanie, jak rozbrzmiał. Moder zatrzymał się, znowu przy bazie. Zamyślił się. „Ale ja jestem tępy. Kładka! Przecież to było takie oczywiste! Cholera!”. Długim skokiem przeleciał nad cuchnącą wodą strumienia i wylądował na drugim brzegu. Zachwiał się, gdy jedną nogą wpadł w błoto. Po odzyskaniu równowagi wyciągnął swój pistolet. Naciągnął stalowy zamek, który momentalnie wskoczył na swoje miejsce, wydając charakterystyczny dźwięk.
Wszedł między krzaki - powoli, ostrożnie. Odgarniał gałęzie i starał się nie stawać na patyki. Moder spojrzał na pistolet, poczuł lekki głód, podrapał się w szyję i bez ceregieli stanął na jednym z patyków, łamiąc go na kilka części. „Przecież jestem nieśmiertelny”. Szybko jednak zreflektował się i dalej omijał porozrzucane gałęzie. „Dziewczynka nie jest” - stwierdził głosem w swojej głowie. Baza nie była bardzo przestronna - wydeptane ścieżki prowadziły przez gąszcz krzaków. Gdzieś po boku, na kupce, leżały prowizoryczne miecze, a dalej mizerne palenisko. Tuż obok rosło wielkie drzewo, na którym zbudowano domek.
Gdy zbliżał się do drzewa, znów usłyszał płacz. Bardzo głośny. Pobiegł.
Na ziemi leżała dziewczynka. Gdy zobaczyła Modera, wybuchła płaczem jeszcze mocniej, co zirytowało detektywa. Podszedł do niej.
- Nic ci nie jest? - Chciał podnieść kopiącą dziewczynkę. Nagle, zamiast płakać, dziewczynka zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Tak głośno, że Moderowi prawie pękły bębenki w uszach. Wtedy poczuł silne kopnięcie w prawy bok. Odleciał niecałe dwa metry. Stracił dech, a żebra bolały go niesamowicie. Niespodziewany ból zanikł tak szybko, jak się pojawił. Najwidoczniej jego organizm już zregenerował połamane kości. Zaczął się podnosić. I wtedy ktoś kopnął go raz jeszcze - tym razem mocniej. Jak poprzednim razem, ból nie trwał zbyt długo. Detektyw otarł twarz z ziemi. Jego oczom ukazała się sylwetka mężczyzny. Przeciętnego wzrostu, bez szczególnych znaków na twarzy. Jego czerwone oczy błyszczały w cieniu rzucanym przez drzewo. Oddychał głęboko. Trzymał się za lewe ramię, z którego ciekła krew.
- Odejdź stąd, psie Masonerii. - Moder wycelował i postrzelił cel w drugie ramię. Dziewczynka krzyczała jeszcze głośniej. Przez chwilę rozważał, czy aby jej też nie postrzelić, tak dla świętego spokoju. Jego cel wydał z siebie przeraźliwy dźwięk, który był połączeniem wrzasku bólu i ryku gniewu. W mgnieniu oka podbiegł do detektywa i z całym impetem kopnął Modera w żołądek. Ten spiął możliwie najmocniej wszystkie mięśnie i jakimś cudem ustał na nogach, ale przesunął się o dobry metr.
- Dajcie mi spokój. Najpierw nas tworzycie, a potem chcecie się pozbyć. - Stękał mężczyzna. - Ciebie też to czeka. Prędzej czy później. - Moder strzelił, tym razem w nogę.
Mężczyzna zwalił się na kolana. Pociski z Griewu tkwiły mu w kościach, sprawiając ogromny ból - porównywalny do zmiażdżenia kończyny przez jakiś pojazd. Naukowcy z Masonerii twierdzili, że to mógłby być pociąg, ale nikt nie był na tyle odważny, aby to sprawdzić. Detektyw odpalił papierosa. Spojrzał na dziewczynkę, która ze strachu straciła przytomność. „Przynajmniej jest cicho” - pomyślał. Później spojrzał na klęczącego wampira, któremu oczy świeciły jeszcze mocniej. Dla pewności strzelił też w drugą nogę, potem kolejny raz w ręce i nogi. Tak dla rozładowania nerwów. Po wszystkim przedeptał papierosa i podszedł do mężczyzny, który leżał na ziemi w kałuży krwi, ale, ku zdziwieniu Modera, jeszcze żył.
- Nawet dobrze się składa. - Uklęknął przed swoim celem. - Dostałeś za moją żonę, za mnie, za dziewczynkę na deptaku. - Mężczyzna drgnął. - Zostało jeszcze za moją córkę. - Detektyw wycelował w głowę. Pociągnął za spust. Nie usłyszał jednak ani wystrzały, ani wypadającej łuski. Nie poczuł na sobie ciepłej krwi. Wyciągnął magazynek, który okazał się pusty. Zaklął głośno. Na tyle, że kobieta siedząca na ławce przy którejś z pierwszych ścieżek, zaczęła się rozglądać. Cel drgnął.
- Jakiej dziewczynki na deptaku? - wycedził, nie odrywając twarzy od ziemi. Gdyby teraz podniósł wzrok, prawdopodobnie zostałby rozszarpany wściekłym spojrzeniem Modera. Gdyby teraz podniósł głowę, prawdopodobnie Moder złamałby mu kopniakiem kark. „Gdy uda idiotę jeszcze raz, spalę go w ognisku” - pomyślał.
- Już nie pamiętasz? Żądza krwi odebrała ci rozum? Zamordowałeś kolejne dziecko, sukinsynie. - Moder powstrzymał się od zmiażdżenia mu czaszki. Sam nie wiedział dlaczego, może to te resztki człowieczeństwa. - Przypomnę ci. Młoda, około metra siedemdziesięciu, brązowe włosy. Mówi ci to coś? - Cel z trudem pokręcił głową.
- Nie zabiłem jej. Nigdy jej nie widziałem.
- Jak to, kurwa, nigdy jej nie widziałeś?! - Detektyw wstał energicznie.
- To nie ja... Ale wiem kto. Ta cała Masoneria... My jesteśmy tylko przy... - Urwał, gdy jakaś postać, która wybiegła zza drzewa, przycisnęła mu twarz do ziemi. Ciągnęła za sobą śliczną, bardzo kosząca woń perfum i charakterystyczne stukanie szpilek.
Milena patrzyła na Modera. Zaraz za nią przyszło kilku agentów Masonerii, którzy zabrali bezwładne, ale wciąż oddychające ciało. Detektyw stał jak słup soli. Nie wiedział, skąd oni się tutaj wzięli. Otworzył usta, aby kilkoma prostymi, niekoniecznie kulturalnymi słowami, wyrazić swoje zdziwienie. Milo go wyprzedziła.

- Świetna robota, my się nim zajmiemy. - Uśmiechnęła się szczerze do Modera. - Dobrze, że go nie zabiłeś, ci na górze kazali przyprowadzić go jeszcze żywego. Musisz zdać raport, najlepiej jak najszybciej.